Czytam z fusów, ze szklanki z której nie dopiłaś. Nigdy nie dopijałaś. Choć w Afryce te dzieci, ah szkoda gadać.
Uczyłem się czytać Ciebie. Zastanawiam się kto wymyślił ten nieśmieszny żart. Wiesz o czym mówię. Każdy nosi swój krzyż, lecz ja jestem swojego królem. I nie myśl, że łatwiej upić się tanim winem, nie dziecino. Łatwiej upić się dwoma tanimi winami. Po których ten piekielny żart staje się nieco bardziej zrozumiały. Prawdziwy, jak gwałt. Prowadzę powoli mojego starego druha, wciąż żywego. I nie chce mi się krzyczeć. I wracam do małego pokoju, w tanim hostelu prawie za miastem. Przy wielkim neonie. Rozmyślam o wieży Babel i cieszę się, że z tyloma ludźmi nie potrafię się dogadać. Mają te swoje brody, nosy, pozaciskane pięści. Prędzej, czy później każdy posmakuje krwi. Moja jest smaczna. Umieramy na żółte tabletki i szukanie lewego buta. Albo na wybory. Jeśli są niesłuszne. Twój wybór. Mam chyba 16 czarnych koszul. Czułeś się kiedyś jakby zamknęli Cię w zoo? W klatce z małpami. Które musiałeś czegoś nauczyć, bo ześwirowałbyś z bezczynności. Chcesz krzyczeć? Jest zbyt mroczna noc, żeby nie wsiąść za kółko, rozkoszować się siwym dymem i zatrąbić na dziewczyny. I pamiętaj, że nocne sklepy to furiaci za ladą, którzy potrzebują wykrzyczeć pieprzyć blues’a.